Zacznę od tego, że mój pierwszy poród odbył się w szpitalu i nie wyglądał tak, jak tego pragnęłam.Typowy scenariusz. Ja starannie przygotowana i pozytywnie nastawiona a rzeczywistość szpitalna brutalna. Szorstkie traktowanie na sali porodowej, zbędne interwencje i ich konsekwencje, brak wsparcia po porodzie, to wszystko sprawiło, że pierwsze chwile macierzyństwa były trudne, przepełnione bólem i poczuciem niesprawiedliwości. Między innymi dlatego, bardzo chciałam, aby mój drugi poród wyglądał inaczej. Aby odbył się w atmosferze szacunku, miłości i spokoju. Taką

możliwość widziałam jedynie w porodzie domowym. W przygotowaniu do niego pomogły mi m.in. spotkania z położną, lektury i rekolekcje „Poród może być piękny”. Podczas tych przygotowań zrozumiałam, że nie tylko ja, ale także moje dziecko ma prawo do tego, aby być traktowane z delikatnością i szacunkiem w trakcie porodu i tuż po nim. Ja natomiast jestem pierwszą i w zasadzie jedyną osobą, która może mu to zapewnić i do mnie należy wybór i wzięcie odpowiedzialności za to, w jaki sposób przyjdzie na świat moje dziecko. Ale do rzeczy;) Pierwsze bolesne i dość regularne skurcze odczułam w poniedziałek, kilka dni po terminie, choć niewielkie rozwarcie miałam już od 2 tygodni. Od mniej więcej tygodnia próbowałam pomóc obolałemu ciału kąpielami i masażami, bez których nie byłam w stanie zasnąć. W poniedziałek, jak co wieczór, weszłam do wanny, rozmasowałam sobie kark i szczękę licząc odstępy między skurczami. Cieszyłam się, że w końcu się zaczyna. Sms do Beaty. Lekki stres co zrobimy z dwulatką (założyliśmy, że odstawimy ją do dziadków, ale nie chciałam bić w środku nocy na alarm). Jednak kiedy postanowiliśmy się z mężem zdrzemnąć, skurcze wyciszyły się. Tak minął wieczór i poranek, dzień pierwszy;). Następnego dnia dwulatka pojechała na kolejne wakacje do dziadków, a ja zwarta i gotowa czekałam na poród. Ale tak minął mi drugi dzień skurczy. Na samym czekaniu. Potem trzeci, czwarty i piąty. Skurcze wracały i wyciszały się i tak w kółko… Nie muszę chyba dodawać, że za każdym razem wydawało mi się, że teraz to już na pewno rodzę;) Kiedy więc w piątek znów wróciły skurcze, jak co wieczór zaparzyłam sobie liście malin, odpaliłam w łazience świeczki i porodową playlistę i próbowałam się relaksować w wannie. Nie nakręcać się ćwiczyć cierpliwość, ufać, że wszystko nastąpi w swoim czasie. Skurcze nabierały mocy. Skupiałam się na oddechu. Wydawanie dźwięków nie pomagało, wręcz przeciwnie, ból nasilał się, gdy próbowałam śpiewać.Pomagał tylko wyćwiczony oddech z przepony i maksymalne na nim skupienie, modlitwa w przerwach, ofiarowanie skurczy w intencjach. Ale jeszcze się nie ekscytowałam, nauczona przykładem poprzednich dni. Po wyjściu z wanny skurcze stały się boleśniejsze. Myślałam, że wyciszą się w łóżku, ale nasiliły się jeszcze bardziej. Wtedy dotarło do mnie, że to chyba jednak dziś;) Mąż poszedł pompować basen, a ja skupiałam się na oddechu w łóżku. Smsy do Beaty. Od paru dni byłyśmy „na łączach” i wiedziałam, że jest teraz u drugiej rodzącej. Modlitwa, żeby dała radę przyjechać w odpowiednim czasie. Basen. Słynny model „w rybki”. Czuję się dobrze i bezpiecznie w zaciszu własnej łazienki. Przyjmuję każdy skurcz z akceptacją i miłością do mojego rodzącego się dziecka. Mogę zapalić świece, włączyć muzykę, nikt nie rozprasza mojego spokoju. Przypomniała mi się złota rada o rozluźniającej lampce wina, za którą część z Was pewnie mnie zhejtuje ;) Nie piłam alkoholu już ze 3 lata, więc ta lampka podziałała na mnie naprawdę rozluźniająco. Mąż przynosi komputer i włącza latino rytmy. Dobrze mi w tym basenie. Skurcze są mocne, ale zupełnie do okiełznania oddechem. W trudniejszych chwilach podwieszam się na drabince kaloryfera nad basenem. Czuję tę moc;) Każdego skurczu. Czułam jak się otwieram, choć głowa podpowiadała: jeszcze długa droga przed tobą. Filtr z pierwszego porodu podsuwał myśli, że jeszcze „za mało boli”, żeby to było jakieś konkretne rozwarcie. Ale gdy skurcze są już co 3 minuty pytam Beatę czy może przyjechać. Odpisuje, że jedzie. Cudownie. Chwilami czuję napieranie główki, ale chyba podświadomie próbuję to hamować. Około 4.30-5 przyjeżdża Beata. Bada mnie w basenie i oznajmia, że jest pełne rozwarcie i wszystko gotowe do rodzenia. Coo??? Ale przecież jeszcze „za mało boli”;)

No i czekałam na kryzys 7 cm! To była ta najprzyjemniejsza część porodu;) Beata mówi, że główkaest jeszcze wysoko i zachęca mnie do wyjścia z wody. Wychodzę, chodzę, kręcę biodrami. Jestem zaskoczona tym, że skurcze się wyciszają. Byłam przekonana, że po 10 cm przychodzą od razu parte (tak to pamiętałam z pierwszego porodu z oksytocyną). A tu cisza, żadnych skurczy. Wydaje mi się, że coś robię nie tak. Chodzę, próbuję różnych pozycji, ale w każdej mi niewygodnie. Chwilami czuję napieranie główki, początki „rozrywania mnie od środka”. Wtedy krzyczę i dziwi mnie ten dźwięk. Dziwi mnie też to, że jestem tak bardzo świadoma tego, co się dzieje. Że to taki zwykły poranek w moim domu, słońce już wstało, a ja… po prostu rodzę;) Próbuję wrócić do wody, ale nic to nie daje, więc wychodzę. Na chwilę pomaga siadanie na toalecie, a potem już tylko wieszanie się na mężu (próbuję też na chuście zawieszonej na drążku). Kiedy główka schodzi mam wrażenie, że mnie rozsadzi. Boję się tego i może to wydłuża ten okres. W końcu jeszcze kilka skurczy, kilka moich dzikich wrzasków i główka się obniża. Beata bada mnie, odchodzą wody, ale… zielone. Wiem, że to le i że mamy już mniej czasu. Przez chwilę opadam z sił, ale czuję wielką ulgę po odejściu wód. Beata mówi, że trudno i że „musimy trochę poprzeć”. Wiem, że nie ma żartów, więc staram się jak mogę słuchać jej instrukcji i wyprzeć maleńką. Prę oparta o męża, sama już nie wiem czy w kucki czy na półsiedząco. Jest ciężko, mam wrażenie, że nie dam rady i boję się, ale pomaga szept męża do ucha. Spinam się maksymalnie, krzyczę, że nie mogę i prę, prę, prę… W końcu słyszę, że już widać główkę i włoski. Boli, piecze, wiem, że popękam, ale to już bez znaczenia. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale o 7.30 Janeczka jest już w moich ramionach. Jest absolutnie cudowna, zupełnie zdrowa i…wygląda na zadziwioną ;) Całuję ją i naprawdę nie dowierzam, że już po wszystkim. Nie płacze, spokojnie liże moją pierś, poznajemy się. Nie była okręcona pępowiną, nie wiemy, dlaczego oddała smółkę, ale prawdopodobnie stało się to już na samej końcówce. Przychodzi parę kolejnych skurczy,

Beata instruuje mnie, żeby poprzeć i rodzę łożysko. Całe, choć bez części błonki, która wydaliła się po tygodniu. (To był jeden z moich stresów, bo przy pierwszym porodzie byłam łyżeczkowana). Popękałam trochę przez to parcie, Beata zakłada mi szwy, a Janeczka poznaje się teraz bliżej z tatą. Idę pod prysznic i dopiero stamtąd słyszę pierwszy płacz Janki. Nie dowierzam, że już po wszystkim.Tak po prostu urodziłam? Niesamowite jak spokojna jest i jak bezpiecznie się czuje po tej stronie ta mała istotka. Porównujemy ją ze starszą siostrą, która po porodzie płakała niemal nieustannie i potrzebowała stałego kontaktu skóra do skóry aby się uspokoić. Janeczka ma zupełnie inne poczucie bezpieczeństwa. Wierzę, że zapewniliśmy jej dużo łagodniejszy start w życie przyjmując ją na świat w naszym domu, na naszych warunkach, godząc się na każdy scenariusz, ale robiąc wszystko, co w naszej mocy aby poród był taki, jak to sobie wymarzyliśmy (a może raczej ja wymarzyłam). Nic by się nie udało bez mojego męża, który od początku wspierał mnie w tej decyzji, a w trakcie porodu  ogarniał całą „logistykę” i bałagan po. No i nic bez wspaniałej położnej. Wiem, że ją sobie wymodliłam i polecam to każdej z Was. Bogu  dzięki za położne przyjmujące porody domowe, dzięki nim ten świat staje się trochę lepszym miejscem.​

Karolina

 

 

Dzień był dosyć chłodny ale słoneczny. Róża jak co dzień rano pojechała z tatą do żłobka, a ja miałam czas żeby spokojnie zwlec się z łóżka. Od kilku dni desperacko już chciałam urodzić. W ten dzień postanowiłam pospacerować sobie po schodach gdyby dalej trwała ta demotywująca cisza w skurczach. Oprócz tego zaplanowałam kontynuowanie czyszczenia kilometrów naszych fug, pranie i inne czynności, które mnie uspokajały i zajmowały moje myśli. Ostatnie dni czułam się wyjątkowo senna więc czasem musiałam się zmusić do jakieś aktywności w ciągu dnia. Po wykonaniu wszystkich zaplanowanych prac, trochę się rozruszałam, czas jak zwykle gdzieś przemknął obok i już trzeba było wychodzić po Różę. Mój humor poprawił napinający się na powrót brzuszek. Tym żwawiej poszłam po Różę "trzeba to wreszcie rozkręcić" pomyślałam i ruszyłam zamaszyście. Byłam w świetnej kondycji fizycznej. Po drodze ostatnie promienie słońca rozgrzewały mnie wychodzącą z cienia i roztaczały przede mną takie urokliwe widoczki że postanowiłam jeszcze trochę kosztem spóźnienia się po Różę porobić kilka zdjęć. Po Różę i tak udało mi się być na czas, tempo widocznie miałam radośniejsze. ???? Różyczka wesoło mnie przywitała i od razu pobiegła do szatni się ubierać. Co prędzej szukała swojej szafki z różową świnką, wydając przy tym jej dźwięki i już czekała na otwarcie i ubranie. Jak zwykle z uśmiechem na twarzy nie mogąc ustać w miejscu wybierała odpowiednie dla niej na dziś miejsce założenia jej "królewskich pantofelków". Za każdym razem inne, wybieranie sprawia jej wielką frajdę więc poczekałam aż wskaże mi gdzie chciałaby być ubierana. Migiem założyłyśmy ciuszki i równie szybko bezproblemowo zapakowałyśmy się w wózek na drogę powrotną. 

 

Po drodze skurcze zrobiły się konkretniejsze. Nie bolały, ale były wyraźnie odczuwalne i w momencie szczytu powodowały silne napięcie brzucha oraz zwolnienie mojego kroku. Zaczęłam je mierzyć. Gdy weszłyśmy do domu byłam pełna nadziei. Pomiar może i nieregularny 5-10-5-5 minut ale na tyle częsty że mógł zwiastować coś poważniejszego. Zrobiłam Różyczce coś do jedzonka, sama postanowiłam na wszelki wypadek zjeść więcej żebym miała dużo siły na wieczór. Cały czas bałam się, że kolejny raz robię sobie złudne nadzieje. Nie chciałam sobie psuć humoru, bo jeśli jednak byłby to sądny dzień, wszystko miało iść po mojej myśli, tak jak sobie wymarzyłam. Chociaż ten jeden raz. Pomyślałam: będzie co będzie. Teraz będę się cieszyć i wierzyć, że nic się nie wyciszy. Włączyłam taneczną muzyczkę i zaczęłam ruszać bioderkami, zachęcając Różyczkę żeby robiła to samo. Starałam się dawać jej w międzyczasie jak najwięcej uwagi (w razie gdyby miał być poród musiała być dostatecznie dopieszczona) i mierzyć skurcze. Bawiłyśmy się, budowałyśmy z klocków, skakałyśmy po piłce. W pewnym momencie zadzwonił Leszek, że musi zostać dłużej w pracy, bo brakuje mu kilka rzeczy do zamknięcia miesiąca. Nie byłam z tego powodu zadowolona, ale nie myślałam o tym za długo, wręcz przeciwnie, potem przyszło mi że może to i nawet lepiej- zamknie wszystkie swoje sprawy i się od nich oderwie ???? Z niedającą się ujarzmić ekscytacją powiedziałam tylko, że może to już dziś i się rozłączyłam. Chciałam żeby te słowa zostały w jego uszach i zabrzmiały poważnie. Co prawda byłam okropnie ciekawa jego miny, ale wolałam, żeby już się nieco odpowiednio nastawił.

  Gdy wrócił byłam już w stałym kontakcie z położną. Zmienił mnie przy opiece nad Różyczką i mogłam iść spokojnie pod prysznic, gdzie już razem, wspólnie mierzyliśmy odstępy między skurczami. Ja krzyczałam tylko z łazienki start i stop, ???? Leszek zaznaczał w aplikacji.

 

Różyczka biegała między pokojami co i rusz wpadając do mnie do łazienki, pukała żebym jej otworzyła, rysowała ślaczki na zaparowanej szybie. Była w tym wszystkim taka beztroska i nieświadoma. Odstępy między skurczami robiły się coraz mniejsze. Prysznic na chwile wyciszył je, po to by wróciły ze zdwojoną mocą. Mogłam to już traktować jako potwierdzenie, że nastała godzina 0, ale ja dalej uparcie potrzebowałam 100% potwierdzenia. Zaczęłam przebąkiwać coś o zadzwonieniu do rodziców w momencie gdy Różyczka prowadziła mnie za rękę do pokoju, bo chciała się pobawić. Leszek ociągał się z ich wezwaniem do ostatniej chwili. Też brakowało mu pewności, czy to właśnie ten dzień. Kiedy skurcz przychodził co 3 minuty i mniej, pół żartem pół serio powiedziałam, że już nie ma na co czekać, bo jeszcze trochę i urodzę tak jak stoję. Rodzice byli w drodze. Leszek uwijał się jak mógł, ogarniał mieszkanie z leżących rzeczy, robił miejsce w łazience, podmuchiwał basen i zaczynał się stresować ???? Widać było, że wraz z coraz częstszymi skurczami był coraz bardziej przejęty. Zawsze w takich chwilach wydaje mi się to takie urocze. Mężczyzna, taki jak on, tak bardzo chce i się stara. Uwija się w pocie czoła, bo mu tak na mnie zależy ❤. Patrzyłam na niego i uśmiechałam się od ucha do ucha. W pewnym momencie położna dowiedziawszy się o etapie naszych zmagań, zadzwoniła do mnie i zapytała, czy chcę aby się u nas zjawiła. Zastanawiałam się przez moment, ale było mi tak dobrze w naszej 3 osobowej ekipie, że kompletnie nie czułam takiej potrzeby. Jak tylko wyobraziłam sobie Beatę, Teresę w naszych progach, poczułam rodzący się w zalążku stres. To już będzie za bardzo na poważnie. Pomyślałam. Póki ich nie widziałam i nie docierało do mnie że to już teraz, czułam ogromny luz.

Zwlekaliśmy do ostatniej chwili z napełnieniem basenu gdyż nasze dziecko od początku miało ochotę do niego wskoczyć. Na koniec, tuż przed wejściem musiałam jeszcze ten basen wyczyścić.???? Śmiałam się sama do siebie i byłam pod wrażeniem tego że jestem w stanie jeszcze tyle zrobić.Przyjechali rodzice. Różyczka z ochotą dała się ubrać i z uśmiechem na twarzy czekała na wyjazd do dziadków. Na chwilę przed odjazdem, podeszła do mnie mama, złapała moją twarz w dłonie i powiedziała że niedawno wróciła z kościoła z babcią i modliła się o to abym dzisiaj urodziła i czuła, że została wysłuchana. "No i proszę, wieczorem dzwonicie, że trzeba przyjechać po Różę." ???? Także wiem że wszystko było Z GÓRY zaplanowane. Nikt nie zaplanowałby tego lepiej. Gdy tylko zamknęły się drzwi za rodzicami i Leszkiem który pomagał im znosić rzeczy Róży do auta, powierzyłam ten czas Bogu, pomodliłam się od serca i już do końca wiedziałam, że będzie dobrze. Byłam całkowicie spokojna. Kiedy tylko mąż wszedł z powrotem do mieszkania, zarządziłam kąpiel, nareszcie. Migiem wyskoczyłam z ciuszków i momentalnie poczułam kojący wpływ wody na bóle. Maksymalnie się zrelaksowałam, skupiłam na oddechu, w tle puściliśmy delikatną muzykę przypominającą mi skąd mam czerpać siłę i... chwile później wkroczyły położne. Przyszły ze spokojem, zapytały jak mi się siedzi w basenie i czemu Leszek nie przygotował leżaczków do opalania dla wszystkich. Przywitanie zeszło nam na żartach i luźnej rozmowie przerywanej co 3 minuty znośnym skurczem.

Na tym etapie cały czas kumulowałam siły będąc przekonana, że jeszcze dużo przede mną. Co się okazało, po badaniu Beata tylko skwitowała "rodzimy" rozwarcie na 4 palce, już po kryzysie. Byłam w kompletnym szoku. Gdzie ten ból na który czekałam? Gdzie godziny męczarni których się spodziewałam? Że niby już końcówka? Kiedy to zleciało?  

 

Na chwile wyszłam z basenu bo skurcze zaczęły się wyciszać. Gdy tylko stąpnęłam stopą na posadzce, przyszedł jeden, zaraz za nim drugi tak że ledwo doszłam do toalety, w drodze powrotnej dwa kolejne. Pochodziłam jeszcze kilka długości korytarza i stwierdziłam, że najlepiej będzie mi w wodzie, że tam zdołam odpocząć, jednak już na tyle rozkręciłam skurcze że nie było mowy o relaksie. Zaczęły się te bolesne. Te na prawdę bolesne. Chciało mi się wymiotować, piekło mnie w podbrzuszu, a oddech już nie wystarczał. Wydobywały się ze mnie coraz częściej jęki, łzy, czułam narastającą bezsilność. W myślach miałam tylko: to najgorsza część, ile jeszcze potrwa... Trzy skurcze i zniecierpliwiona pytam Beatę czy mogę lekko poprzeć żeby pomóc maleństwu zejść niżej. Jak na zawołanie poczułam "tą nieodpartą chęć parcia". No to się zaczęło. Sięgnęłam jeszcze ręką sprawdzić rozwarcie. Poczułam główkę małej. Ten moment niesamowicie mnie wzruszył. Pierwszy raz faktycznie i namacalnie poczułam, że ona rzeczywiście istnieje. Że jest tam sobie ta mała istotka i czeka na spotkanie. Łkałam sobie na kuckach w basenie głaszcząc tą gładką powierzchnie między moimi nogami. Ona rzeczywiście tam jest, nie docierało to do mnie. Płakałam i płakałam. Ostatnie parte były tak bolesne że stwierdziłam że nie będę już czekać dłużej. Cały czas też miałam obawę że główka się cofnie, że trzeba będzie zaczynać od początku, więc z wyczuciem, wspierając się krzykiem, przytulając Leszka i wciskając swoje czoło w jego czoło spychałam swoimi siłami główkę w dół."-może zmień pozycje, masz ochotę się obrócić?- zapytała mnie Beata.

-nie, boje się że główka wróci

-hahah nic nie wróci, nic nie wróci." Zaśmiała się ale ten lekki ton uspokoił mnie. Czułam wszystko tak wyraźnie jak jeszcze nigdy. Miałam wrażenie że słoń przeciska mi się przez łono. Wszystko piekło, bolało i szczypało. Rozrywało mnie od środka. Nagle ulga, odeszły wody zsunęła się główka do końca, wypełniła kanał, pogłaskałam włoski, kolejny skurcz, znowu ten okropny ból, wyszła cała główka, potem jeszcze barki, znowu ten ból... i.. "wyjmijcie ją wyjmijcie ją"  

 

Nie odwracałam się, za plecami słyszałam ją, jej płacz. Czułam błogość ale nie miałam siły się obrócić. Końcówka wypompowała mnie do cna. Za plecami słyszałam tylko, "nie chcesz jej zobaczyć?" Chciałam i to bardzo, aczkolwiek moje ciało już do mnie nie należało, było prawie bezwładne. Dziewczyny i Leszek pomogli mi się obrócić, usiąść, przełożyć nogę nad pępowiną, i położyły maleństwo na brzuchu. Pilnowałam tylko żeby jej nie wypuścić z rąk. Tego małego skarba. W sercu czułam spełnienie. Misja wykonana. Niesamowite uczucie wdzięczności przemykało przez moją głowę. W ostatnich godzinach byłam otoczona skrupulatną opieką. Traktowana niczym Kleopatra w czasie kąpieli. Moje aniołki podawały wodę, co chwile pytały czy czegoś nie potrzebuję, głaskały jak matki, dopingowały niczym kochane trenerki, dbały niczym oddane opiekunki, podkładały poduszki pod zmęczoną głowę, ścieliły ręczniki, wycierały stopy, masowały, starały się złagodzić bóle, karmiły, odciągały uwagę rozmową, doradzały a mimo wszystko zostawiały wiele przestrzeni dla mnie i Leszka na intymne chwile. Potrafiły proponować mi wiele rozwiązań kompletnie się nie narzucając. Wydaje się to niemożliwe, a jednak one tego dokonały. Miały w sobie pokłady pokory, cierpliwości i spokoju. To ich powołanie.

Na koniec przeniosłam się na kanapę gdzie kontynuowałam kontakt "skóra do skóry" i czekałam aż moja wytrwała wojowniczka dopełznie do brodawki i weźmie pierwszą kroplę mleka. Gdy doczekałam się tej wspaniałej chwili, jeszcze w tym samym pokoju zaraz obok mnie przez kilkanaście minut w pobliżu taty Maja była ważona, mierzona, badana. Następnie kochana Tereska pomogła mi się umyć, odświeżyć, ubrać i wpakować do czyściutkiego zaścielonego łóżeczka, gdzie zostało mi podane gorące jedzonko, herbatka i przyniesiona przez męża spokojna dziecinka ❤  

Paulina

 

 

Myśl o porodzie w domu zawsze gdzieś za mną chodziła. Nie miałam jednak odwagi podjąć takiej decyzji przy dwóch pierwszych ciążach. Dopiero będąc w trzeciej zorientowałam się, że kilka znajomych mi małżeństw ma już takie porody za sobą. I tak dostaliśmy kontakt do Beaty. Nie byliśmy jeszcze zdecydowani bo obaw mieliśmy sporo (szczególnie mój mąż, który na początku nie do końca rozumiał moje pomysły, zwłaszcza, że poprzednie szpitalne porody były bardzo dobre). 

Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na poród w domu, okazało się, że maluch ułożony jest pośladkowo. Bardzo starałam się pomóc mu w obrocie przeróżnymi ćwiczeniami (spinning babies, basen). Niestety jego to nie ruszało. W tym czasie dostawałam ogromne wsparcie od Beaty. Nie dała mi się załamać tą sytuacją. Po każdym spotkaniu z nią i z innymi dziewczynami wychodziłam przekonana, że dam radę urodzić to maleństwo. I tak też się stało.

Po konsultacji z lekarzem postanowiliśmy, że mimo wszystko przywitamy nowego członka naszej rodziny w domu. Tym bardziej pragnęłam rodzić w warunkach domowych, bo perspektywa porodu pośladkowego ze szpitalnymi procedurami nie wyglądała zbyt zachęcająco.

Początek porodu udało nam się spędzić we dwoje, w przyjemnej atmosferze. Marcin dzielnie nalewał wodę do basenu, a ja ogarniałam do końca salon. Oczywiście robiliśmy przerwy na skurcze (wygodna pozycja i masaż pleców). W końcu weszłam do basenu. To było wspaniałe! Mogłam się zrelaksować, a odczuwanie skurczów wyraźnie spadło.

Kiedy przyjechała położna czułam, że poród jest już w zaawansowanym stadium. Nie miałam już głowy do rozmyślania nad pozycją dziecka. Wiedziałam, że mam się skupić tylko na skurczach i oddychaniu - reszta nie należała do mnie. Na partych mogłam przyjąć instynktowną pozycję (później dowiedziałam się, że była to najlepsza pozycja do rodzenia pośladków). Nasłuchałam się o tych porodach pośladkowych niemiłych rzeczy, więc kiedy poczułam jak dziecko schodzi kanałem rodnym nie mogłam uwierzyć, że to już ten etap. Jednak niesamowicie mnie ten moment zmotywował i dałam się pokierować wspaniałym słowom wsparcia jakie dawała mi Beata. To jest jedna z tych rzeczy które mocno mi utkwiły w pamięci. Te szczególne ciepłe słowa, które sprawiły, że potrafiłam się otworzyć i pozwolić - bez żadnych problemów!  - przyjść na świat mojemu synowi (któremu ubierali skarpetki na stopki zanim jeszcze wynużyła się główka).

Wiem, że gdyby nie wsparcie i opieka Beaty nie doświadczyła bym tak wspaniałego porodu, bo był on najpiękniejszy i najlżejszy ze wszystkich 3 moich porodów! Niezastąpiony okazał się również Marcin. Od momentu kiedy podjęliśmy decyzję, zaangażował się w ten poród na 100%. Zajął się wszystkim przed, w trakcie i również po. Bardzo nas to do siebie zbliżyło. W domu nic mnie nie rozpraszało. Spokojna atmosfera ewidentnie sprzyjała rodzeniu. Jeszcze tej samej nocy mogłam wymoczyć się pod własnym prysznicem i wyspać w ulubionej pościeli. Wspaniałe były również pierwsze dni po, które po raz pierwszy mogłam spędzić blisko męża oraz z pozostałymi dziećmi ciesząc się naszym Jurkiem. A przy trudnościach związanych z połogiem (początki baby blues) znów otrzymaliśmy pomoc i zostały one szybko zażegnane.

Teraz jestem bardzo dumna z siebie i mojego męża, że podjęliśmy taką szaloną decyzję i możemy świadczyć, że poród pośladkowy może być nawet łatwiejszy i mniej bolesny od "normalnego". 

 

Justyna

 

 

Kiedyś poród domowy był przeze mnie postrzegany jako coś egzotycznego, czyli z jednej strony wzbudzającego ciekawość, ale jednak nie dla mnie. Zmieniło się to dzięki kilku dziewczynom z naszej wspólnoty, które rodziły w domu i były bardzo zadowolone z tego doświadczenia. Tak więc,czekając na nasze trzecie dziecko, zaczęłam się zastanawiać czy ja w ogóle bym się kwalifikowała do porodu domowego. Moje wątpliwości budził fakt, że przy poprzednich porodach w szpitalu były problemy z łożyskiem (nie wychodziło całe i „załapywałam się” na łyżeczkowanie). Byłam pewna, że to ze mną coś nie tak. Dopiero w rozmowach z położną i lekarzem okazało się, że to w moim przypadku najprawdopodobniej wina szpitalnego pośpiechu, przez który nie daje się pacjentce potrzebnego czasu na samoistne wydalenie łożyska. Po konsultacji z lekarzem, który nie widział żadnych przeciwwskazań, zdecydowaliśmy się z mężem na poród domowy. I rzeczywiście tym razem nie było problemów z łożyskiem, wyszło całe. Poród w domu był dla nas bardzo mocnym i dobrym doświadczeniem. Z punktu widzenia psychiki najważniejsze było dla mnie poczucie bezpieczeństwa, pełne zaufanie do położnej i obecność męża. Natomiast w praktyce najważniejsze było to, że mogłam intuicyjnie i bez skrępowania dobrać pozycję do rodzenia, najlepszą dla mnie i dla dziecka. Inne bezcenne, „techniczne” zalety porodu domowego to możliwość najedzenia się zaraz po porodzie, a po szyciu prysznic we własnej łazience i od razu położenie się do swojego własnego łóżka. Również miło nas zaskoczył nasz syn, który najpierw po przystawieniu do piersi i po ubraniu słodko spał przez ładne kilka godzin, dając nam czas na odpoczynek, a następne 2 tygodnie też właściwie przespał, budząc się na karmienia. Kolejnym miłym zaskoczeniem dla mnie było to, że w dniach po porodzie nie miałam potrzeby brania środków przeciwbólowych. Na koniec muszę podkreślić nieocenioną postać męża, który wspierał mnie w czasie porodu, a potem opiekował się mną i dzieckiem, tak że w pierwszych dniach po porodzie byłam traktowana jak księżniczka i nie byłam sama.

 

Agnieszka

 

 

Narodziny naszego syna Franciszka w domu były dla mnie tak pięknym wydarzeniem, że chciałbym je zapamiętać do końca życia. I wierzę że tak będzie. Przez cały czas porodu mogłem czynnie towarzyszyć mojej dzielnej małżonce i wspierać ją w sposób jakiego w danej chwili potrzebowała. Czułem się potrzebny i nieskrępowany. Nie bez znaczenia jest tutaj osoba naszej wspaniałej położnej Beaty, która potrafi doradzić i uargumentować swoje zdanie ale niczego nie narzuca. Mogliśmy także zaaranżować ten piękny, choć dla żony bolesny, moment dokładnie tak jak chcieliśmy – puścić naszą ulubioną muzykę, przyciemnić pokój, zapalić Światło Chrystusa. Na porodzie domowym skorzystała także moja więź z synem. Ja to czuję, a on – ten uśmiech i spojrzenie którymi mnie obdarowuje są po prostu bezcenne i mówią same za siebie! (widać także jak Franek uspokaja się u mnie na rękach).Od samego początku jestem obecny w jego życiu i pomagam przy pielęgnacji na ile to możliwe. A w pierwszych dniach jego życia miałem przywilej być jedyną osobą zajmującą się nim, co nie byłoby możliwe po porodzie w szpitalu. A swoją drogą, nie wyobrażam sobie teraz jak można kobietę tam zostawić. Nie dość, że sama ledwo żyje, to jeszcze musi zajmować się dzieckiem. Tutaj nikt mnie nie wyganiał i nie przerywał tych pięknych pierwszych chwil z dzieckiem. Nie byłem przeszkadzającym intruzem. Miałem swoją rolę do odegrania. I piękne jest to, że nie było żadnego pośpiechu – czyli głównego wroga chwili. Wroga, który nie pozwala nam się w tym świecie zatrzymać. Jeśli Pan Bóg da nam jeszcze dzieciątko, to nie wyobrażamy już sobie z żoną porodu w szpitalu.                       

 

Marek

 

 

Do Beaty dotarliśmy poprzez znajomych, którzy już wcześniej zdecydowali się poród domowy właśnie z nią. Tylko ich wspaniałe doświadczenia sprawiły, że  zaczęliśmy myśleć o  przyjściu naszego pierwszego dziecka właśnie w domu. Decydując się na poród domowy liczyło się dla nas kilka rzeczy. Przede wszystkim bezpieczeństwo, troska i komfort psychiczny mojej żony o które w szpitalu mogłoby być naprawdę trudno.Przeludnione szpitale, loteria w kwestii personelu na który możemy natrafić w placówce medycznej, traumatyczne doświadczenia naszych znajomych czy nawet rodziców ze swoich porodów oraz brak jakichkolwiek przeciwwskazań sprawiły, iż nie mieliśmy problemu z decyzją gdzie będzie miała miejsca ta jedyna i wyjątkowa chwila w życiu każdego rodzica i co bardzo ważne samego maluszka.

 

Chciałbym podkreślić, że mojej wspaniałej żonie zależało na tym, by urodzić nie tylko drogami, lecz także siłami natury wsłuchując się w naturalny rytm swojego ciała. Niestety różne medykamenty chociażby pod postacią oksytocyny, które z jednej strony sztucznie przyspieszają procesy zachodzące w rodzącej kobiecie ( i z czego nie każdy zdaje sobie sprawę, nie rzadko są przyczyną poważnych komplikacji) , a które w niektórych placówkach stanowią normę i są na porządku dziennym całkowicie burzyły tą wizję. 

 

Jesteśmy niezmiernie wdzięczni z tego faktu, że mogliśmy razem z Beatą mogliśmy przeżyć najpiękniejszą chwilę swojego życia. 

Jej wyjątkowe podejście, a co za tym idzie:  troska, opieka, czułe słowa oraz obecność najbliższych osób sprawiły, że ta chwila na zawsze pozostanie w naszej pamięci i co bardzo ważne, zbliżyła nas do siebie jak nigdy. Plusem współpracy z  Beatą było indywidualne podejście.  Od naszego pierwszego spotkania kwalifikacyjnego, kiedy się tylko poznaliśmy do samego końca była dla nas wielkim wsparciem w każdej chwili. Przy każdej pojawiającej się wątpliwości potrafiła ze zrozumieniem je wysłuchać i na spokojnie wytłumaczyć. Warto nadmienić, że "Nasza położna" dysponowała profesjonalnym sprzętem, co było dla nas ogromnym komfortem. Wizja wizyt w Szpitalu, w którym na KTG trzeba czekać kilka godzin i nie wiadomo z jakim personelem przyjdzie nam "walczyć" była pewnym dyskomfortem.

 

Cieszę się, że trafiliśmy w tak dobre ręce i z pełną odpowiedzialnością chcielibyśmy  polecić Beatę jak i rozwiązać wszelkie negatywne opinie o porodach w domu, które krążą w środowisku medycznym, a wypowiadane często przez tych, którzy nigdy w takim porodzie nie uczestniczyli. Myślę, że potwierdzi to prawie każdy, kto przeżył te wspaniała chwilę. Pragnę w tym miejscu podkreślić, że nie deprecjonuje zarówno porodów w Szpitalu jak i ludzi, którzy w nich pracują. Doceniam i szanuje każdego pracownika od pielęgniarek po lekarzy, którzy wkładają  całe swoje serce w to, by pacjent czuł się zrozumiany i należycie obsłużony. Niekiedy jednak niektóre idiotyczne "procedury", które spędzają sen z ich powiek sprawiają, że bardzo często cierpi na tym pacjent. 

 

Myślę, że w tak ważnej chwili, którą niewątpliwie jest pojawienie się nowego członka rodziny zarówno pracownicy oddziałów ginekologii, których ciągle jest za mało zestawiając to z ilością pracy i obłożeniem w Szpitalu, powinni zostać docenieni - również finansowo, a pacjent otoczony opieką na najwyższym poziomie. 

 

Poród w domu to przede wszystkim wsłuchanie się w głos kobiety, jej ciała, a także zrozumienie jej lęków i obaw, które niejednokrotnie towarzyszą jej w czasie trwania ciąży. Nie są to słowa wyssane z palca, bowiem na potwierdzenie tego stwierdzenia wystarczy spojrzeć na dużą popularność porodów domowych w państw zachodnich - Wielkiej Brytanii czy u  naszych północnych sąsiadów ze Skandynawii - Danii czy Szwecji.          

 

Julia i Piotr

 

 

O tym, że można rodzić w domu wiedziałam od zawsze. Moja mama urodziła w ten sposób mnie i dwie z moich starszych sióstr.

O tym, że ja też chciałabym tak urodzić, zdecydowałam już w pierwszej ciąży. Niestety - nasza pierwsza córka pospieszyła się, zapewniając nam parę niespodziewanych, a już na pewno nie planowanych, atrakcji. Poród i połóg w szpitalu zostawiły we mnie jak najgorsze wspomnienia, przy których ból porodowy wydaje się być zaledwie małym dyskomfortem. Już następnego dnia po porodzie miałam taką myśl: "mogę rodzić następne, byle nie tutaj".

 

Od początku drugiej ciąży rozważaliśmy jakie są możliwości urodzenia w domu. Okazało się, że bardzo ograniczone. Jedna położna na całe Trójmiasto.. Kiedy więc dowiedziałam się o tym, że pojawiła się jeszcze jedna - Beata od razu poprosiłam ją o spotkanie. Wtedy mogłam powiedzieć jej o swoich nadziejach i potrzebach, ale również o obawach. Kolejne spotkania utwierdzały nas w decyzji, by urodzić właśnie z nią. 

 

Czas oczekiwania na narodziny drugiej córki był pełen różnorodnych nastrojów i emocji-od ulgi(że udało się donosić) i ekscytacji(że już mogę rodzić) pod koniec maja, po zniecierpliwienie i znużenie czekaniem pod koniec czerwca. W końcu przyjechała  do nas moja siostra-świeżo upieczona położna-i coś zaczęło się dziać. Rano pojawiły się jakieś skurcze-nieregularne i krótkie, ale jednak to już coś w porównaniu z dotychczasową ciszą, więc uprzedziłam męża i położną. Po południu sytuacja wyglądała wciąż tak samo, więc zebraliśmy rzeczy i pojechaliśmy na ktg, a córkę odwieźliśmy do rodziny w razie, gdyby akcja się rozkręciła. Tymczasem, może z powodu stresu, skurcze całkiem zanikły i ktg nie wykazało żadnej akcji.. Wracałam do domu trochę podłamana tym, że cały dzień znoszenia skurczów może pójść na marne (już te krótkie i rzadkie były dla mnie dość bolesne i wymagały skupienia i wysiłku). 

 

Podniosła mnie jednak na duchu wizja wieczoru bez dziecka i wszystkich atrakcji, jakie, zgodnie z zaleceniami Beaty, planowaliśmy - spacer, może jakieś schody, film z popcornem, odprężajca kąpiel.. Zjedliśmy obiad i postanowiliśmy wybrać się na.. wieżę Mariacką :D Do dziś nie wiem jak to się stało, ale poszliśmy na tę wieżę, mimo iż skurcze znów się pojawiły-tym razem jakby mocniejsze (ale może to ja byłam już bardziej zmęczona?..) i trochę częstsze. Chyba myślałam, że to nadal te nieefektywne, które miałam od rana. Po pokonaniu 170 krętych schodków w górę poczułam się jednak zbyt zmęczona, więc podjęliśmy decyzję o tym, że wracamy. Zaczęłam mierzyć czas między skurczami-wahał się od 3-4 minut.. Cóż, możecie sobie wyobrazić jak wyglądała droga powrotna- między skurczami staraliśmy się iść jak najszybciej, jednocześnie zachowując maksimum ostrożności, żeby się spaść ze stromych stopni; na skurczach zatrzymywaliśmy się, mąż rzucał wszystko na schody i masował mi krzyż(co za ulga!). Potem zbierał rzeczy i biegliśmy dalej. Jeszcze krótki dystans dzielący nas od domu i..jesteśmy! Nareszcie. Toaleta, wanna z ciepłą wodą.. i telefon do położnej - już jest w drodze, ale jeszcze chwilę jej to zajmie. Sms-y z prośbą o modlitwę i znów mierzenie skurczów. Są już bardzo często, a ja zaczynam czuć parcie. Wychodzę w końcu z wanny, bo nikt z nas nie wie tak naprawdę jak przyjąć poród do wody. Czekamy na Beatę, wreszcie jest! Bada mnie i przygotowuje narzędzia - ja, myśląc, że jeszcze daleko, załamuję się, że nie dam rady. Jeszcze kilka zmian pozycji, trochę skakania na piłce i różnych dziwnych szaleństw a potem finał - mała prawie do końca idzie w czepku :) 

Po kilku partych, kiedy myślałam, że już oszalałam z bólu, pojawiła się główka, a zaraz całe różowe ciałko córci, którą po krótkiej chwili mogłam przytulić i przystawić do piersi. 

 

Jeszcze łożysko - mała ma okazję poznać się z tatą. Potem chwila odpoczynku, porcja rosołu na wzmocnienie zanim wstanę i prysznic (we własnej łazience!). Beata czeka jeszcze parę godzin, żeby się przekonać, czy wszystko gra, a my zaczynamy oswajanie się z nową istotką :) Następnego dnia i jeszcze kilka razy w najbliższych dwóch tygodniach odwiedza nas, pomagając nam oswoić się z nową rzeczywistością.

 

Ten poród był trudniejszy od poprzedniego tylko pod jednym względem - nie mogłam znaleźć w sobie tej euforii, o której wiele słyszałam - że patrzysz na to dziecko, ten mały cud i ogarnia Cię radość, zapominasz o bólu.. Niestety, ból pamiętam do dziś, choć minęło pół roku. 

A choćbym miała nigdy go nie zapomnieć, to do końca życia będę pamiętać też przytulną atmosferę własnego domu, swobodę z jaką mogłam się zachowywać, a przede wszystkim obecność tylko najbliższych, wspierających mnie osób. I wzruszenie mojego męża w momencie pojawienia się naszej malutkiej córeczki..bezcenna pamiątka :) 

 

Kinga

 

 

Poród domowy był naszym marzeniem, choć dla mnie nie bez cienia obaw. Ale były to raczej obawy związane z samym faktem porodu, a nie z miejscem jego przebiegu.  Sam zostałem urodzony w domu, jeszcze w czasach PRL, w warunkach dość "partyzanckich". W porównaniu z tym ten nasz poród z Beatą okazał się wręcz luksusowy! 

To co było dla mnie osobiście najistotniejsze i na czym mi zależało od początku, poza oczywiście komfortem żony, to poczucie tego, że mogłem w pełni uczestniczyć w akcji, że nie byłem tylko jakimś złem koniecznym, przeszkadzajką, jak mi to dano do zrozumienia przy pierwszym porodzie w szpitalu... I że byłem u siebie, gospodarzem w końcu; że nie musiałem nigdzie wychodzić ani czekać przed drzwiami, mogłem być z Nią i przed, i w trakcie, i po... I ta swoboda w działaniu - masaże, pocałunki, objęcia - wszystko wedle potrzeby chwili... No i ten moment, kiedy nasza córka znalazła się na łonie mojej żony, podczas gdy ja mogłem służyć im obu jako fotel - tak  znienawidzony przecież w szpitalu... A w końcu te niepohamowane łzy- łzy ze  wzruszenia, ze  szczęścia, z emocji... Udało się, stał się cud! :

 

Bartek

 

 

W mojej wielodzietnej rodzinie wyjściowej kilkoro z rodzeństwa przyszło na świat właśnie w sąsiednim pokoju, pod okiem zaznajomionej położnej albo lekarza, zatem nie miałam żadnych oporów, żeby "oddać" się w ręce Beaty. A mąż, mając w żywej pamięci nasze historie szpitalne- nieuzasadnione łyżeczkowanie, cierpiące współlokatorki z sali poporodowej, nic nie wnoszące OBCHODY itd, zdecydowanie wybrał tę najlepszą w naszym przypadku opcję. Przez cały czas akcji miałam poczucie luksusu - w tej wyjątkowej sytuacji. I to nie z powodu tego braku naturalności (!!), ale dlatego, że już wiem jakie będą rakcje naszej społeczności. Środowisko niby już oswojone ze zjawiskiem porodów domowych, ale jednak i tak wielu patrzy na taką decyzję, jako na przejaw fanaberii. Dzieci zaopiekowane u przyjaciół, wspaniała świąteczna aura i spokojne podejście położnej: " patrzcie, tętno książkowe, nic się nie dzieje (w domyśle:nieporządanego); jak chcesz,możesz zacząć rodzić". 

Nasza Sara miała okazję wiele dni spędzić w domowym zaciszu, wręcz emanował od niej spokój. A przecież wysiłek przejścia przez kanał rodny( nawet jeśli bez sztucznego przyspieszania akcji) i szok zmiany środowiska to poważne przeżycia. Uprzejma pani dr z rejonu przyszła po 1.dobie na chwilkę by osłuchać kontrolnie Małą i to było wszystko, co konieczne na kilka tygodni. No i oczywiście mleko zrelaksowanej mamy i szczebiot rodzeństwa.

 

Ala

 

 

 " Kwestię miejsca narodzin dziecka rozeznaliśmy w oparciu o modlitwę. Miałem myśl, że poród to fizjologia i nie musi, a nawet nie może być traktowany jak zabieg. Po porodzie w domu mogę powiedzieć, że nie sądziłem, że poród może być aż tak naturalny. Można go przeżyć bez poczucia stanu podwyższonego zagrożenia. A był to nasz szósty raz. Beata jest profesjonalistką, czuwa nad bezpieczeństwem, ale jednocześnie widzi swą rolę jako przewodnika i toważysza rodziny w tej szczególnej chwili.Bezcennym dopełnieniem tego wydarzenia było kilka wizyt patronażowych naszej położnej, w kolejnych dniach i tygodniach. Mogliśmy powspominać TAMTE chwile. Córka była doglądana, ważona itp a żona miała okazję dopytać o niuanse postępowania w połogu- w końcu każde dziecko jest wyjątkowe.

                          

Piotr

 

 

 

Usługi Położnicze Beata Kolankiewicz

tel. 517 195 082

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

MASZ PYTANIE? NAPISZ DO MNIE


Nieprawidłowe dane
Nieprawidłowe dane
Nieprawidłowe dane
Nieprawidłowe dane

 

 

W celu zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z witryny ta strona stosuje pliki cookies.
Kliknij 'Zgadzam się', aby ta informacja nie wyświetlała się więcej.